Twórca Spotkań Lednickich nie żyje

Ojciec Jan Góra: zakonnik, kapłan, przyjaciel Jana Pawła II, twórca spotkań nad Lednicą koło Gniezna, odbywającego się od 20 lat regularnie co roku, największego zgromadzenia religijnego na świecie. Stworzył ośrodek duszpasterski w Hermanicach koło Wisły, był gorącym propagatorem idei Małych Ojczyzn.
W momencie, gdy publikujemy ten artykuł, na Polach Lednickich trwają uroczystości pogrzebowe, wcześniej poprzedzone mszą żałobną w dominikańskim klasztorze w Poznaniu. Tłumy ludzi obecnych na tej uroczystości, mówią same za siebie, kogo żegnają.
Serce ojca Jana Góry przestało bić w ubiegły poniedziałek, 21 grudnia, o czym głośno było w ogólnopolskich mediach, zarówno katolickich jak i laickich. Zmarł w swoim klasztorze, w czasie sprawowania mszy w kościele akademickim ojców dominikanów w Poznaniu. Informacja o zgonie najbardziej chyba znanego i popularnego zakonnika w Polsce wydawała mi się czymś nieprawdopodobnym. Ojciec Jan, tak go zapamiętałem- żył w nieustannym ruchu, w działaniu. Nie znosił spoczynku, prawdziwy tytan pracy. Był, zgodnie z maksymą zakonu do którego należał, ciągle „w drodze”. Gdy nagle pojawiał się w klasztornym refektarzu, szybko i na stojąco spożywał posiłek i szedł do swoich zajęć. Tempo życia, jakie wiódł, co z przypadku dominikanina jest niczym niezwykłym, dbanie o innych, zapominanie o sobie i swoich wygodach, musiało kiedyś się „odwdzięczyć”. Jednak dla chrześcijanina nie jest ważne jak długo żyje, ale jak żyje. A ojciec Jan żył w pełni. Jego śmierć w czasie mszy świętej była czymś , o czym inni opowiadają z zazdrością. Kto tak odchodzi? Jedynie święty. Nie był to jednak święty z obrazka ani z bajecznych opowiastek dla pobożnych dziewcząt. Miał „charakterek”, jak to mówią. Jednak pod tą jego gruboskórnością, której sam nieraz doświadczyłem, kryła się prawdziwa „gołębia dusza”. Ojciec Jan był to święty twardo stąpający po ziemi.
Miał swoje słabości? Owszem. Uwielbiałem wdychać zapach jego fajki, on natomiast bardzo lubił, gdy częstowałem go tortem, który piekła moja mama lub bratowa. Śmiał się, że był dobrze nasączony.
Dominikanin i znany duszpasterz akademicki z Poznania wymykał się wszelkim, utartym schematom, w jakich zwykliśmy wstawiać osoby stanu duchownego. Jego oryginalny, czasem kontrowersyjny język kaznodziejski, „ludzki” i można by powiedzieć „świecki” ( czytaj „nie klerykalny”) styl bycia jednych gorszył, do większości zdecydowanie przemawiał, bo tacy ludzie są w naszym odbiorze autentyczni, i dotyczy to wszystkich, nie tylko duchownych. Ojcu Janowi obca była maniera uprawiania kaznodziejstwa na „wydechu”: nie głosił kazań, lecz po prostu mówił tak, jak się rozmawia normalnie z drugim człowiekiem. Był sobą zawsze: i klasztornym korytarzu i podczas sprawowania mszy świętej. Ojciec Jan często wspominał, że nie lubił cierpiętników, smutasów i sztucznej religijności, dlatego nie mam wątpliwości, że w Niebie mają teraz bardzo radośnie.
Jedną z jego wielkich pasji, którym poświęcił swe siły i entuzjazm, był muzyka liturgiczna. Kto kocha ikony, świece w zgaszonym kościele i wielogłosową muzykę a capella z wtrąceniami bizantyjskimi i gregoriańskimi, to wie o czym mówię. Tu nie trzeba się modlić, sama muzyka modli się w nas.
W Poznaniu a potem we wszystkich klasztorach dominikańskich w Polsce wprowadzał ducha nowej muzyki liturgicznej. Zafascynowany utworami francuskiego dominikanina ojca Andre Gouzesa OP, postanowił, po powrocie z Paryża w końcu lat 70-tych, zaszczepić te piękne, stylizowane na bardzo starych pieśniach bizantyjskich na nasz polski grunt. Niektórzy pokazując na Jana Górę pukali się w czoło. Dziś ten rodzaj muzyki religijnej wykonują niemal wszystkie chóry i schole akademickie w kościołach całej Polski. O fenomenie pieśni rozbrzmiewających na Polach Lednickich w czerwcu każdego roku nie będę wspominał. Kto tam był(z Koluszek swego czasu na Lednickie Spotkania Młodych wyjeżdżały po 2-3 autokary co roku), ten wie, jak bardzo ta muzyka porywa serce i ciało. Jednego czego nad Lednicą żal, to stamtąd odjeżdżać. Najbliższe, a będzie to jubileuszowe, 20- spotkanie nad Lednicą, historyczną „chrzcielnicą” Polski, odbędzie się na początku czerwca 2016 roku. Zwykle są na nich młodzi z Koluszek i miejmy nadzieję , że i tym razem nie zabraknie tam nas. Ojciec Jan Góra nie doczekał tego ważnego, jubileuszowego spotkania, które włączy się w ogólnopolskie , centralne obchody 1050 rocznicy Chrztu Polski. Wraz ze świętym Wojciechem, swoim zakonnym Patronem, swym przyjacielem i przewodnikiem, Janem Pawłem II oraz pokoleniami świętych zakonu dominikańskiego ogląda teraz świat z innej perspektywy Pełen miłości ale i właściwego sobie dowcipu śmieje się z nas, kłócących się o rzeczy, które z jego punktu widzenia są mało ważne i nieistotne.
W swoim życiu starał się być blisko spraw każdego , zwalcza młodego człowieka. Nie dzielił ale łączył. Ten duchowy tytan pracy, wulkan pomysłów, jak mówi o nim wielu, którzy go znali osobiście, był także głębokim kontemplatykiem, co jednak umykało ludzkim oczom. Będzie można o tej stronie jego życia przeczytać w książce o świętym mnichu pustelniku, Charbelu pt. „Światło z Libanu”, gdzie na prośbę autorki książki Jan Góra napisał swe świadectwo. Jego samotność mnicha w białym habicie była jednak nie celem ale katalizatorem działania. Bez jego udziału nie było by Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie w 1991 roku. O spotkaniach Lednica 2000 można powiedzieć jedno: Jan Góra jest w pełni i jedynym Ojcem tego dzieła. Miał głębokie widzenie rzeczywistości, w jakiej żyjemy, i często występował zdecydowanie przeciw „religijnej schizofrenii”, jakiej często ulegamy. Jego maksyma, że „epoka średniowiecza oczekiwała świętych na miarę średniowiecza, świat współczesny chce świętych na miarę naszych czasów”, rodziła świadomość, że ma się do czynienia z człowiekiem wymagającym. Trzeba podjąć wysiłek woli i wiary, aby oderwać się od tego, co zastane, i podać rękę czasom , które nadchodzą, i w duchu współczesności być świadkiem Chrystusa. Jeśli tego nie uczynimy, nasza cywilizacja zginie. Aby się o tym przekonać, wystarczy włączyć telewizor. Ojciec Jan Góra został dominikaninem w roku 1966. Porwał go ideał św. Dominika, by dojść aż na „krańce świata” i tam głosić Chrystusa. W XIII wieku Dominik dotarł na północ Europy wysyłając do Polski św. Jacka Odrowąża, pierwszego polskiego dominikanina. Jan Góra zrobił to samo: podjął trud i pewnego dnia wyruszył „w Drogę”, jak Dominik, Jacek i tylu świętych dominikanów. Wytworzył wokół siebie niesamowitą, nigdzie indziej nie do podrobienia i nie do powtórzenia duchowość i styl bycia. Człowiek będący w orbicie Jego oddziaływania czuł, że wchodzi w inny świat.
Był bardzo zwyczajnym zakonnikiem, a jednocześnie czuło się wokół niego aurę niezwykłej, sławnej Osoby, co dla nowicjusza dominikańskiego było niemal równoznaczne z poczuciem bycia w pobliżu świętego. Czym była dla niego świętość? Była intelektualną zdolnością ponad moralną i oznaczała świadomość życia pełnego piękna. Pamiętam jego zdanie: „ Aby być w niebie, trzeba mieć czystą duszę i serce wrażliwe. Grzesznik , choćby był w niebie, nie będzie wiedział, że jest w niebie”. Pogrzeb ojca Jana Góry odbędzie się w dniu dzisiejszym , tzn. 30 grudnia 2015 roku. Jego ziemska wędrówka zakończy się tam, gdzie pozostawił dzieło swego życia: na Polach Lednickich, u stóp głazu z napisem „Stąd nasz ród” niedaleko Bramy-Ryby. Symbol wiary pierwszych chrześcijan w swoim cieniu skryje ciało twórcy spotkań lednickich. Do Domu Ojca odszedł kapłan, który potrafił łączyć. Nie tylko słowem , ale także gestem. Jan Góra współpracował z Radiem Maryja z Torunia, bywał częstym gościem ogólnopolskich stacji telewizyjnych, miał także dobre kontakty z zupełnie przeciwnego bieguna światopoglądowego, niż toruńska rozgłośnia radiowa. Podobnych „znajomości” można by w jego życiorysie znaleźć więcej. Kochani chrześcijanie, wszelkiego wieku, płci i stanu: mamy w Niebie swego powiernika. Tytuł jednej z jego licznych książek : „Idź albo zdechnij” jest najlepszym komentarzem jego życia.
Niezbyt cenzuralna „druga część tytułu książki odnosi się do sytuacji totalnego nic nie robienia ze swoim życiem . Kto popada w marazm, kolokwialnie „zdycha”. Ta postawa była zupełnie przeciwna temu, co bohater tego artykułu czynił w swoim życiu. Ojciec Jan Góra poszedł bardzo wysoko, do samego Nieba. Stamtąd lepiej widać świat.

Zdjęcia w poniższej galerii zostały wykonane przez reportera Twk podczas Spotkań Lednickich w czerwcu 2015 roku.

image_pdfimage_print